Który chce wyjechać na Zachód jako polityczny, wystąp!

Polska „wojny Jaruzelskiej”, marzec 1982 rok. Od 17 grudnia 1981 Kowalski siedzi w więzieniu. Od trzydziestu paru dni na izolatce, bo niby „agitował pozostałych 18-tu współwięźniów do przewrotu politycznego”. Nic takiego nie było. Chłopaki wieczorami sporo politykowali co prawda, ale do rozmów tych wtrącał się tylko wtedy, gdy nie znali jakiejś daty i pytali: - Ziomuś! A ty wieeesz? - Wtedy może coś podpowiadał.

Ogólnie był mocno zaniepokojony, jeżeli nie zszokowany rozwojem strajków, pacyfikacją Szczecina i stoczni oraz tym, jak wszyscy uciekali, kiedy na bramę, na dwójkę, jak na nią mówiono, nadciągał przyspieszający czołg. Wcześniej zarzekali się stać, jak jeden mur.

- Jeszcze Polska nie zginęła! – ryczeli, jakby nawiedzeni duchem niezwyciężonych. Kowalski na wysokości oczu ściskał kratę bramy w dłoniach wierząc, że Polak Polaka nie przejedzie ot tak i to tu, w kraju, nad którym właśnie zapanował duch „Solidarności”. Za jego plecami, jak śledzie w beczce pouciskane setki, właściwie tysiące stoczniowców, twarda brać, co słyszał z historii, więc i on twardy musi być. I dobrze jest...

Czołg nie przejechał go z bramą i zahamował tuż tuż przed, ale „...Póki my ży-jee-my...”, które jeszcze głośniej zaryczało z Kowalskiego niż „Jeszcze Polska nie zginęła”, zabrzmiało już bez tego specyficznego echa tysięcy stojących za nim. Odwrócił się... Nikogo nie było. Po jego lewej i prawej stronie chyba jeszcze dwóch chłopaków z kratami w dłoniach, reszta jakieś 50 metrów dalej, uciekła bądź jeszcze uciekała w kierunku nabrzeża. Pobiegł za nimi – czuł zdradę i gniew. Chwilę potem darł się już na nich, że niby jak tak mogli?! Oni stali zakłopotani z poopuszczanymi głowami, odpowiadając w końcu nieśmiało: Tobie łatwo tak mówić i ryzykować życie, bo młody jesteś i dzieci nie masz, Kowalski. My musimy wrócić do żon, do rodzin...” Później wszyscy dowiedzieli się, że ZOMOwcy wjechali na stocznię przez jedynkę, czyli tą główną bramę. Dwójka stała, jak mur... A teraz? Nie tak dawno kończył 19 lat, a tu cela i wizja, że następne 12-15 lat będą go gnębić w pierdlu za, jak to ślicznie ujęli: „tworzenie organizacji antypaństwowych i działalność w nich na szkodę państwa socjalistycznego”. Dwanaście lat za samo wejście na salę rozpraw, bo to z dekretu o stanie wojennym. No to nieźle...

***
- Wizyta! Ojciec przyjechał na widzenie! Ruchy, ruchy, skazany Kowalski! – zabrzmiało któregoś marcowego dnia wraz z dźwiękiem brzęczących kluczy, przekręcanego zamka, otwieranych drzwi i krat izolatki. Na sali widzeń na Kowalskiego rzeczywiście czekał jakiś mężczyzna. Kowalski chciał się wycofać, bo gość jego ojcem nie był, ale „dowódzca” przyblokował go stanowczo, spychając w stronę tamtego, że pomyłki nie ma.

- Pan prokurator Łopata to teraz wasz ojciec, Kowalski. Siadajcie, siadajcie – klawisz posadził go i wyszedł. Bla, bla, bla i chwilę później Kowalski wracał już do zbiorowej celi, za to z aktem banicji w ręku i informacją, że 31-go marca wychodzi na wolność, z tym że musi się zgłosić po odbiór paszportu w odpowiedniej komendanturze. Wyszedł. Nie zgłosił się. Zanim udało się go zmusić do skorzystania z pociągu do Berlina Zachodniego upłynęło jeszcze 6 miesięcy, ale w końcu we wrześniu 1982 po raz pierwszy wylądował na ziemi niemieckiej, czyli tam, gdzie żył niby jego „odwieczny, wielki wróg”...

Już przy dworcu „Bahnhof ZOO” w centrum miasta wryło go nieźle w chodnik. Przyjechał z tragedii, z kraju objętego stanem wojny rodaków przeciwko rodakom, z szarości, z wszędobylskiego alkoholizmu, smutku na twarzach i biedy. Barwność ubrań tutaj, różnorodność nacji wśród ludzi, podążających setkami po chodnikach i w różnych kierunkach zadziałały na niego, jak powietrze na rybę. Stał z otwartą gębą i czuł się, jak prawdziwy oszukany historii.

- Dlaczego tutaj jest tak, a u nas się nie dało? – rozmyślał. - Dlaczego oni tak, a my nie? Niby wygraliśmy wojnę, ale kto ją wygrał właściwie? Ale jaja... Ile taksówek... Wszystkie wolne i czekają na klienta, no nie... Same „puchacze”...– dziwił się. W Polsce 1982 go roku „puchacz” to było coś! Wie każdy, kto miał wtedy 20 lat. - A te sklepy... Jezus Maria!!! Przecież to raj dla złodzieji! – przeleciało mu przez myśl i jak echem wróciło inne wspomnienie z celi, do której jakiś czas po wręczeniu Kowalskiemu aktu banicji wszedł klawisz i krzyknął:

- NooO? Który chce wyjechać na Zachód jako Polityczny?!”

Ku zdziwieniu Kowalskiego osiemnastu skazanych spojrzało po sobie, jakby rzeczywiście chcieli się nad tym zastanawiać i aż podniosło go z krzesła, kiedy zaczynało się odliczanie, jak na jakimś apelu: „...Ja!” „... Ja!” „...Ja, panie dowódco!” „...Ja też!” Kowalski zbaraniał. Nawet przez myśl mu nie przeszło, że ktoś może dobrowolnie chcieć opuszczać „Ojczyznę” w takim czasie. Skazani w tej celi mieli przecież już niewiele do odsiadki, większość wyroków mieli odbębnione. „Normalni” złodzieje, rabusie, rzezimieszki z różnych kątów kraju, tzw. statystyczny przekrój więziennej braci, więc mogli wyjść i postawić się w obronie spacyfikowanej „Solidarności”, w obronie kontynuacji tak ważnych zmian. Kowalskiego zmienił ten duch 10 milionów istnień, występujących pod jednym sztandarem dla dobra innych, bo po wstąpieniu do „Solidarności” już głupio było coś ukraść, komuś „dać w ryj”, czy broń Boże być niesolidarnym, nieuczciwym, nielojalnym wobec otaczającej braci uciemiężonych, więc o co kamon? Co z nimi jest?

Na propozycję zameldowało się chyba z piętnastu skazanych. Klawisz ustawił ich w szeregu i poszli w jedną stronę po te... „paszporty w jedną stronę”... Jaka ironia. Z dnia na dzień złodzieje, krętacze i pospolici rzezimierzkowie tamtego czasu, nie mający z „Solidarnością” nic wspólnego, jednym „państwowym dokumentem” przekształceni zostali w Uchodźców Politycznych i... cześć. „Wydalono” ich za Kowalskim...

Cdn.
Trwa ładowanie komentarzy...