"Helou?! Ser?! Plis open de dor!" Czyli Kowalski na emigracji (3)

Fot.: A. Skulski
Autobus zatrzymał się, wszystkie drzwi się pootwierały, tylko te, przed którymi stał Kowalski, nie. Popatrzył kątem oka w lewo – wysiadają. W prawo – wysiadają. Co jest? Pierwsze sąsiednie drzwi po lewej już się zamknęły, te po prawej też, a jego jak na złość - dalej zamknięte.

Obóz dla uchodźców był ulokowany przy następnym przystanku.

- Okej... Kierowca zwalnia... – pomyślał Kowalski i stanął przed drzwiami czekając.

Autobus zatrzymał się, wszystkie drzwi się pootwierały, tylko te, przed którymi stał Kowalski, nie. Popatrzył kątem oka w lewo – wysiadają. W prawo – wysiadają. Co jest? Pierwsze sąsiednie drzwi po lewej już się zamknęły, te po prawej też, a jego jak na złość - dalej zamknięte.

- Helou?! Ser?! Plis open de dor! – krzyknął zaniepokojony, że autobus zaraz ruszy i wysadzi go niewiadomo gdzie. Po niemiecku nie umiał ani w ząb oprócz „hajl Hitler!”, „hende hoch!” i takie tam „butem w morde”, jak to w Polsce na podwórkach dzieciaki same się „uczyły”, karmione rok w rok „Czterema Pancernymi i Psem”. Boski film, wydawałoby się przy takiej oglądalności, ale w rzeczywistości propagandowa manipulacja, napędzająca od dziecka nienawiść do Niemców i chęć do walki w szeregach polskiej, wyjątkowej i najwspanialszej armi wszechczasów. Nawet dowcip krążył, że Polska to i Ruskich by w 45-tym nie potrzebowała, gdyby miała cztery takie czołgi, jak „Rudy 102”... Ale Kowalski teraz o takich rzeczach nie myślał.

Kierowca autobusu wychylił głowę zza ścianki, odgradzającej go od pasażerów, coś Kowalskiemu odpowiedział, ten nie zrozumiał ni w ząb i powtórzył już lekko zdenerwowany: „Please open the door!”. Kierowca znowu swoje, Kowalski znowu „Please open the door!”. W końcu ktoś z pasażerów podszedł, nacisnął teraz już i dla Kowalskiego zauważalny guzik i drzwi ustąpiły, rozsuwając się na boki.

- Ufff... A już myślałem... Jest okay, nie zgubię się – pomyślał Kowalski, czerwieniąc się za takiego „buraka”, podziękował i podążył w kierunku okienka obok wejścia do obozu dla uchodźców, przed którym stało kilku umundurowanych mężczyzn. Podchodząc widział, że panowie bacznie mu się przyglądają. Nie wyglądał, jakby wyjeżdżał do nowego życia. W ręku miał małą sportową torbę, która nawet do połowy nie była wypełniona. Dwie pary skarpet, majtki, dwa swetry, trampki, dwie książki do nauki angielskiego i to w zasadzie wszystko. Już w Polsce nie miał nic, więc przyjechał z niczym. Jeszcze miał aparat fotograficzny „Fed 2” i złotą obrączkę, które przed samym wyjazdem wcisnął mu w rękę jeden z wujków mówiąc: „Bierz! Na czarną godzinę...”

- I’am coming from Poland and looking for political asyl. Can you help me? – powiedział, jak umiał najlepiej. Siedzący po drugiej stronie mundurowy przejął paszport i pokazał ręką, którędy wejść do środka. Poczekalnia, z niej do pokoju z dwoma urzędnikami, kilkanaście pytań co do podstawowych danych. Ruskiego nikt tu już nie znał, więc kaleczone podstawy angielszczyzny pomogły i po chwili Kowalski maszerował, jakby nigdy nic, uliczkami „obozu” z dopiero co wydanym equipmenten do noclegu. W gotówce dostał nawet 40 marek, bo nie miał przecież ani grosza, ani pfeniga przy duszy i talony na jedzenie też mu wręczono z innymi, niezrozumiałymi dokumentami. Pokazali gdzie stołówka, gdzie sklep spożywczy i łóżko w 10-osobowym pomieszczeniu, w którym ulokowanych było już 3 innych „uchodźców”, ktoś z Dedeeru i dwóch Rosjan. Wszyscy „na pochodzenie”, czyli mieli w rodzinie niemieckich dziadków, czy rodziców, więc przysługiwał im inny status. Repatrianci, jak jego matka kiedyś.

Po ulokowaniu się Kowalski poszedł po prowiant, potem do sklepika. Przy wejściu powitał go sznur czekolad do wyboru do koloru - dla Kowalskiego czysty szok. W Polsce rarytas ten widział tylko pod choinkę, jak raz na rok „w ojca stoczni” rozdawali paczki, albo później w klubie sportowym, na talony przed zawodami, jak trzeba było zrzucać wagę. Ponoć czekolady kiedyś w domu u Kowalskich było w brud, ale to jeszcze za czasów, kiedy matka pracowała w fabryce słodyczy, wtedy kierownik zawsze coś tam „dał do domu”, ale Kowalski jej smaku już nie pamiętał. Za mały był.

***
Kolejne dni układały się według „obiegówki”, którą Kowalski dostał przy rejestracji. To właśnie od niej oficjalnie zaczynał się jego emigracyjny los. Od dziewiątej rano przesłuchania: Anglicy, Francuzi, ale szczególnie Amerykanie w miłej i grzecznej atmosferze wypytywali o szczegóły, związane z „Solidarnością” w stoczni, z rozruchami w mieście, o pracę dla „podziemia” i na czym ona polegała. Wszystko powtarzane w tą i z powrotem przed od czasu do czasu zmieniającymi się agentami wywiadów trzech państw-mocarstw, które zarządzały zachodnimi sektorami Berlina, brzmiało jak jakiś zły film i Kowalski uświadamiał sobie coraz bardziej, że zaczął w nim grać główną rolę, od której zależało jego niepewne jutro. A co dalej? Co po przesłuchaniach? Jak długo potrwa to wszystko i kiedy wreszcie będzie wiedział, jak, gdzie i co z tą nieoczekiwaną emigracją? W Polsce to chociaż było wiadomo, na czym się stoi i że jak już się stało po innej stronie barykady, to z bezpieką można, wręcz trzeba było się poużerać. Jasne, że jako żółtodziób nie zdawał sobie sprawy z konsekwencji, ale teraz stał przed nimi i to tutaj, w Niemczech i przed Niemcami dookoła, bo angielscy, francuscy i amerykańscy agenci zniknęli z pola widzenia już po kilku dniach...

Cdn.
Przejdź do: cz. 1 / cz. 2
Trwa ładowanie komentarzy...