Kowalski na emigracji (4) - Klucz do apartamentu

R_G.Altmann_pixelio.de
Dwa miesiące po rejestracji w obozie przejściowym dla uchodźców Kowalski trzymał w ręku klucz do apartamentu w Hotelu Przy Adenauerplatz, w którym od dzisiaj miał być zakwaterowany z jakimś Rosjaninem. Jego prawo do pobytu w Niemczech w międzyczasie zalegalizowano, a apartament miał być miejscem, z którego Kowalski miał już startować „na swoje”.

Rosjanin o imieniu Michaił okazał się być Litwinem, też mówił po polsku, więc wieczorami polski dominował. Jeden pokój, w nim dwie meblościanki z wkomponowanymi w nich rozkładanymi łóżkami, mała łazienka z wanną i korytarz z wbudowaną niszą kuchenną, dwa palniki elektryczne, jednokomorowy zlew i lodówka. Sam budynek jeszcze kilka dni temu był normalnym „hotelem w centrum”, teraz biznes hotelowy ograniczono do pierwszych trzech pięter, trzy górne wynajęto miastu, zmagającemu się z „problemem uchodźców z Polski”, czyli z rozlokowaniem dziesiątek tysięcy niespodziewanych gości, którzy po ogłoszeniu w Polsce stanu wojennego nie chcieli tam wracać. Michaiłowi się trafiło, że ulokowany został wśród samych Polaków, ogólnie czekał na potwierdzenie wizy emigracyjnej do Australii, do której zmierzał docelowo, więc czas musiał tylko odbębnić - jak mówił. Jego rodzina uciekła tam już dwa lata wcześniej więc tęsknił i nie mógł się doczekać, kiedy do nich dobije. Kowalski najpierw był ździwiony, że przyjdzie mu mieszkać z Ruskim, ale już po paru dniach widział, że trafił mu się skarb. Michaił nie kradł, nie był rzezimieszkiem, był normalnym, poczciwym gościem, który wylądował poza ojczyzną w poszukiwaniu lepszego jutra, tęsknił za rodziną, pisał listy, ciułał z zasiłku, żeby coś wysłać „do domu”, gdzie żyć musieli jeszcze pozostali członkowie rodziny. Nie raz z Kowalskim śmiali się, wspominając przygody „z rodzinnych stron” i niejedną uronili łzęl, kiedy nachodziła ich emigracyjna nostalgia.

Obok, w takim samym apartamencie, mieszkała Agnieszka z 7-letnim synem, była prostytutka z Wrocławia, która po ogłoszeniu stanu wojennego postanowiła zostać w Berlinie. Miasto dawało wtedy wszystkim Polakom „socjal”, czyli opłacano lokum, wodę, prąd, ogrzewanie, opiekę medyczną, etc. Oprócz tego miesięcznie wypłacano w gotówce na wyżywienie, używki i drobne wydatki, nieco ponad 300 marek, oraz dodatkowe kwoty w przypadkach, gdzie ludzie nie za bardzo mieli co na siebie włożyć, nie mogli wyposażyć więc pustego zazwyczaj mieszkania, to i na meble trzeba było dać, na pralkę, na lodówkę, obowiązkowo na telewizor, bo przysługuje prawo do kontaktu z Ojczyzną...

Ustawy, które dla Kowalskiego i innych Polaków wydawały się być, jak z bajki, okazały się w zachodnim świecie być normalką i zapewniać niezbędną pomoc ludziom, którzy takiej potrzebują, a nie mają dochodów. Prawo świata Zachodu takie właśnie ma podejście do uchodźctwa od 1948 roku, odkąd zrozumiano, że Prawa Człowieka są niepodzielne i każdemu, nawet oszustowi, jak widział Kowalski, należy się pomoc. Agnieszka i dziesiątki tysięcy Polaków w Berlinie Zachodnim mogli w ten sposób uciec od rodzimej codzienności lat 1982-1984 i posiedzieć trochę w sponsorowanych „czterech ścianach”.

Sama Agnieszka sporo piła i dzieciakowi wtedy obrywało się po uszach, ale Kowalski szanował ją, bo oprócz Michaiła też nie kradła, czego nie można było powiedzieć o reszcie hotelowej społeczności Przy Adenauerplatz. 60 apartamentów, czyli ok 120 osób, wydawało się jakby czekać na dzień, jak to się wszystko skończy. Stan wojenny zapewniał wszystkim im co najmniej prawo do tzw. pobytu tolerowanego na nadchodzące 6 miesięcy, nikt nie musiał się więc przez taki czas martwić o cokolwiek – państwo opłacało dosłownie wszystko, nawet adwokata, jeżeli taki był komuś potrzebny. Polacy nie szczędzili niemieckim podatnikom wydatków, nagminnie słychać było przechwalanki, gdzie, kto i jak kogo w urzędzie socjalnym „wydymał”.

- Świeć ziomuś, jaką półkę sobie wstawiłem i szkopy wszystko zabecalowali – chwalili się Kowalskiemu, pokazując od podstaw „wyremontowane” zęby. – A co?! Niech bulą, ku***wa twa! Za trzydziesty dziewiąty, brachu!

W ten sposób spora rzesza, jak to Kowalski z Michaiłem mówili: „bezzębnych tygrysów z Polski”, dozbroiła się „u szkopa” i zamiasst się trochę do tego szkopa uśmiechnąć, woleli na niego warczeć. Kowalski wstydził się przed Michaiłem, ale ten opowiadał, że Ruskie, Litwini, Ukraińcy i te inne „bekistany” lepsze nie są. Ładne zęby pojawiały się więc piętro po piętrze.

Ale nie tylko w tym Polacy byli „nieźli”. Oprócz zębów kombinowali na różne inne sposoby. Niektórzy pobierali socjal dwa razy w miesiącu, meldując się np. w jednym urzędzie jako „Leszek XYZ”, a w drugim jako „XYZ Leszek”. Dla Niemców tamtych czasów Uciekinierzy z Europy Wschodniej byli wręcz egzotyczni, dlatego często rozpoznanie, co jest nazwiskiem, a co imieniem, nie było takie proste. Więc „ziomale” korzystali, gdzie i ile popadło. „Leszek XYZ” mógł wynająć na koszt państwa mieszkanie w jednej dzielnicy, a jako „XYZ Leszek” w drugiej, wziąć zatem dwa „socjale” na dwa mieszkania plus dwa razy zapomogę na ich „zagospodarowanie”, czyli na meble, garnki, talerze, lampy, szafy, wieszaki, pościele, poduszki, ręczniki do rąk, do kąpieli, na basen, ciuchy na wiosnę, ciuchy na zimę, sprzęty RTV i inne pierdółki. Co „obrotniejsi” zaopatrzyli mieszkania po prostu w materace, stół, kilka krzeseł, jakąś szafę, szybko poumieszczali w jednym mieszkaniu 4-5 innych „ziomali”, którzy z różnych przyczyn chcieli zostać nielegalnie, w drugim także, sami mieszkali u jakiejś dziewuchy i interes „na ziomalach” się kręcił. Kiedyś sprawa i tak się rypała, bo Niemiec może naiwny, ale nie głupi, ale chłopaki „były już bogate”, pokupowali sobie „auta”... choć po polskiemu wtedy było: „samochody”... poobwieszali się „łańcuchami” i „wozili się” po Ku-Damie początku lat 80-tych, głośno nabijając się przechodniom w twarz, że:

- No? Co się gapisz szkopie je**any? Gap sie gap, jak bekasz za trzydziesty dziewiąty, frajerze...

Cdn.
Trwa ładowanie komentarzy...